Jak walczyć ze słomianym zapałem? Jak wyrobić w sobie chęć trwania w podjętych działaniach? Powiedz o tym wszystkim, którzy kiedyś Cię skontrolują.

Nie lubiłem biegać. To pozostałość po szkole średniej, gdzie nauczycielem wf-u był były biegacz. Na siłę próbował robić z nas lekkoatletów – osiągnął tylko tyle, że nikt nie lubił jego zajęć. Co nie znaczy, że nie lubiliśmy sportu w ogóle – z boiska ciężko było nas ściągnąć, ale kiedy przychodził ów nauczyciel, ochota na sport się kończyła.

Od tego czasu minęło już ponad 10 lat i moje zdrowie trochę zaniedbałem – a słowo “kondycja” ledwo przechodziło przez moje gardło. Czułem silną potrzebę poprawy, ale ciężko było mi zacząć uprawiać sport. Jestem dość przeciążonym czasowo człowiekiem, a mój kalendarz jest zazwyczaj obładowany ponad miarę. Pomyślałem, że najlepszym rozwiązaniem byłby sport, który nie obciążałby mnie czasowo. Nie chciałem też wydawać pieniędzy  - przynajmniej do momentu, w którym będzie to konieczne. Na myśl przyszło mi bieganie. Ze względu na to, że mieszkam “w lesie”, zaraz po zamknięciu furtki, byłbym “na treningu”. Nie potrzebowałbym organizować “zespołu”, jak do gry w siatkówkę (o tym też będzie niedługo).

Więc postanowiłem biegać. A jak postanowiłem, musiałem zacząć biegać, żeby nie zawieść samego siebie. Oczywiście zacząłem od spacerów, podbiegając kawałki, – a z każdym dniem zwiększałem udział biegu, dystans pozostawiając bez zmian. Aż do momentu, w którym byłem w stanie przebiec całość dystansu, – wtedy zacząłem go wydłużać.

Pierwsze efekty biegania były wystarczającą motywacją do tego, żeby kolejnego dnia założyć biegówki i ruszyć w las. Niestety z czasem, efekty były coraz mniejsze, a nakład pracy coraz większy. Czasem potrzeba tygodnia, żeby dystans zwiększył się znacząco. Czułem, że coraz mniej mi się chce, wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić. Bardzo szybko wymyśliłem rozwiązanie. W weekend spotkałem się z całą masą znajomych i byłem na imprezie rodzinnej. Co zrobiłem? Wszystkim, absolutnie wszystkim, – którzy dla mnie coś znaczą, i którzy się mną interesują, i z którymi utrzymuję stały kontakt, opowiedziałem o moim bieganiu. O zaangażowaniu, przyjemności z biegania, dystansie, lesie, po którym biegałem. O kolejnych krokach, problemach, wyzwaniach i pięknym śpiewie ptaków. Dodatkowo każdego z nich prosiłem, żeby od czasu do czasu zapytał mnie o “moje bieganie”. Stało się – sam przygotowałem na siebie pułapkę.

Nie miałem wyjścia – musiałem biegać, bo wstyd byłoby mi później w rozmowie z przyjaciółmi i rodziną powiedzieć, że po miesiącu mi przeszło, mimo że miałem tak ogromny zapał i próbowałem i ich wciągnąć
w bieganie. Nie chciałem zobaczyć w ich oczach zawiedzenia, – że jestem takim samym “słomianozapałowcem” jak większość Polaków. Bałem się, że stracę w ich oczach. Dlatego robiłem wszystko, żeby wciąż biegać – i móc spokojnie jechać na spotkanie z nimi – co więcej, żeby móc za każdym razem pochwalić się przebiegniętym dystansem, albo formą.

Biegam już 18 miesięcy – w tym sezonie trochę mniej (mam problemy z kolanem), ale nie rzadziej niż raz w tygodniu – czasem i cztery razy! A wszystko dzięki temu, że wciągnąłem emocjonalnie w moje bieganie kilka osób – kilka bardzo ważnych osób. Dziękuję Wam!

Nie wiem, czy można to Was tak nazwać, ale dla mnie jesteście moim ?trustem mózgów?.

p.s.
Zimą biegałem na nartach. – Niedługo wybieram się do lasu przygotować tor na przyszły sezon, bo nie zamierzam odpuścić biegania na nartach, które okazało się równie przyjemne jak ?zwykłe? bieganie.